Gotowanie z dzieckiem to przyjemność! Zabawa, nauka i odkrywanie świata. Wspólnie spędzony czas, motywacja do poszukiwań, inne spojrzenie. Cudowne bałaganienie i wspólne sprzątanie. Czas tylko dla nas. Terapia, relaks i niepowtarzalność. I oczywiście - SMAK!
Dodatki na bloga

Dramatis personae:

Aneladgam - ja

Qrczak - mąż

Smyk - synek (maj 2008)

Smykałka - córeczka (maj 2010)

wtorek, 29 marca 2011
Ziemniaki z nadzieniem twarożkowym
Pomysł na wspólne robienie obiadu przyszedł mi do głowy dokładnie wczoraj. Ugotowane w mundurkach ziemniaki lekko ostudziłam, obrałam ze skórek i po ścięciu niewielkiego "czubka" wydrążyłam delikatnie. Wydrążony miąższ wrzuciłam do miski z twarożkiem i szczypiorkiem i ugnietliśmy wspólnie całość na fajną niejednolitą masę. Tą masą Smyk napełnił kolejno otwory w ziemniakach i spałaszowaliśmy je ze szpinakiem. Pycha! 



19:17, aneladgam , OBIAD
Link Komentarze (11) »
sobota, 08 stycznia 2011
Szwajcarski placek serowy
Na Pikantny placek pani Tell chęć miałam od kilku lat, ale wciąż się nie składało, by go upiec. Nie podjęłabym się upieczenia go tylko ze Smykiem, bo zbyt dużo jest tu pracy przy kuchence. Postawiłam na gotowanie rodzinne, dlatego na zdjęciach zobaczycie całą naszą czwórkę (Smykałka nie pozwoliła wynieść się z kuchni; stanowcze veto uświadomiło nam, że naszej córeczce niedługo trzeba będzie też fartuszek uszyć...).




Okazja do zrobienia tego fantastycznego placka nadarzyła się w weekend. Nie mieliśmy pieczarek, więc pominęliśmy je - wegetarianie zaś mogą pominąć spokojnie wędzonkę i przyrządzić wersję bezmięsną. Polecam na ciepłą kolację lub obiad!










00:36, aneladgam , OBIAD
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 22 listopada 2010
Maryna, gotuj pierogi!
Z tymi pierogami to jest tak. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć, kto ze znanych mi osób lepi pierogi własnoręcznie. Po co, skoro firmy garmażeryjne rozwinęły gęstą i wyspecjalizowaną sieć? Szybciej i prościej jest pierogi kupić i odgrzać, niż mozolnie zagniatać ciasto i kleić każdą sztukę samodzielnie.

Jednakże gdy spróbuję takich lepionych w domu pierogów, to dziwna rzecz, smak ich wspominam jeszcze długo, długo potem. W czym tkwi zagadka? Po pierwsze, w cieście. Kupne pierogi ciasto mają dość grube, bo są przeznaczone do transportu oraz do odgrzewania przez niekoniecznie umiejętnych kucharzy. Jeśli ciasto jest cienkie, to się dla odmiany rozwala.od samego włożenia do wody. Po drugie, w farszu. O, i tu dochodzimy do sekretu pierogów domowych. Przyrządzasz farsz JAK CHCESZ. Kupne, choć smaczne, są zawsze TAKIE SAME. A ja lubię sama decydować co i z czym jem, nie odpowiada mi rola, gdy to ktoś decyduje ile chcę koperku w pierogach ruskich, czy do uszek cebula ma być podsmażona czy nie, jakie mięso będzie w pierogach mięsnych, ile papryki w zbójnickich i tak dalej. A jeśli akurat mam ochotę na ruskie z boczkiem, a bez koperku? To gdzie je dostanę, jak sama ich nie zrobię? A z ręką na sercu stwierdzam, że nigdy, PRZENIGDY, nie jadłam kupnych pierogów z owocami, które by mi smakowały. Są cierpkie, klajstrowate, takie owocowe zdechlaki. Fe.

Nie, nie gotuję pierogów zbyt często. Mnie również dopadła powszechna bolączka braku czasu i wyszukuję dobrą garmażerkę, która wyręczy mnie w robocie, zwłaszcza że Smyk pierogi uwielbia. Ale od czasu do czasu zagniatam ciasto i z rozkoszą oddaję się własnoręcznemu lepieniu. Przypada to zazwyczaj na weekend. I tak wczoraj ulepiłam ze Smykiem pierogi z suszoną żurawiną (LiliWenedzie zawdzięczam pomysł, dziękuję!).

Ciasto na pierogi zagniatam w minutę, od czasu gdy pani w tramwaju podała mi niezawodny i szybki przepis - na pół kilo mąki dodajemy 2 łyżki oliwy i szklankę CIEPŁEJ wody. Bez jajek, które sprawiają, że ciasto jest twardsze. Woda zaś musi być tak dobrze ciepła, wtedy mąka szybciej się skleja. Zaś Qrczak, wielbiciel nowinek i ułatwień w kuchni, nabył widoczny na zdjęciach gadżet, służący i do wycinania, i sklejania pierogów. Dzięki niemu, przyrządzenie porcji pierogów na 2 dni dla trzech głodnych osób zajęło nam mniej czasu niż wyprawa po nie do sklepu! Pomijam, że pierogów z żurawiną nigdzie bym nie dostała.





















W pierogach też bardzo lubię to, że jak mało która potrawa nadają się do działania zbiorowego. Im więcej rąk, tym weselej!


21:02, aneladgam , OBIAD
Link Komentarze (13) »
środa, 10 listopada 2010
Placki ziemniaczane bez smażenia
Jutro wyjeżdżamy na długo wyczekiwany wypoczynek w górach, przeto kuchnię i lodówkę musimy wyczyścić z tego, co się może zepsuć. Na kolację pewnie zjemy jajecznicę z pieczarkami, ale do szykowania obiadu zaprosiłam Smyka, więc smażenie nie wchodziło w grę. Wydobyłam koszyk z warzywami i postanowiłam spożytkować ziemniaki, żeby nie zakwitły w czasie naszej nieobecności.

Pomysł poddała mi niezawodna Gosia, tym przepisem. Dzięki tej metodzie przyrządzenia, mogłam po pierwsze zrobić placki razem ze Smykiem, a po drugie zostawić placki w piekarniku, zamiast stać i pilnować ich smażenia. W tym czasie zajęłam się przeglądem ubranek na wyjazd. Z pewnością jeszcze będę w ten sposób placki robić, bo i zdrowiej, i czasowo ekonomiczniej.

Oto Smyk nakładający papkę ziemniaczano-cebulową na blachę do pieczenia:





I nałożone wszystkie placki in spe:





Gotowych nie pokażę, bo zjedzone zostały od razu przez wygłodniałego Qrczaka i łakomego Smyka, hi hi.

sobota, 30 października 2010
Naleśniki
Naleśniki każdy albo jadł, albo robił, albo jedno i drugie. Niby nic nadzwyczajnego, ale dla mnie wielkim odkryciem było, jakie możliwości stwarza to danie. Jako nadzienie pasuje praktycznie wszystko! Najbardziej lubię wersje obiadowe, deserowe zdecydowanie mniej.

Naleśniki smaży u nas pan domu. Od czasu do czasu nachodzi go faza "Nasmażę naleśników", znika na pół wieczoru w kuchni, po czym wychodzi z niej ze stosem cieniutkich, pachnących, apetycznych krążków. Naleśniki można zamrozić, tak więc smażenie od razu dużej ilości ma swój sens, bo zaoszczędza czasu.

Tym razem Qrczak również przygotował nadzienie (ku memu zaskoczeniu - nie słodkie) - cebula podsmażona z pieczarkami, potem podduszona jeszcze z brokułami i startym żółtym serem (doprawić do smaku; delicje!). Naleśniki na moją prośbę powstały z mąki gryczanej.

A w piątek Smyk pomagał je smarować farszem:





... zawijać...





... i jeść!









14:09, aneladgam , OBIAD
Link Komentarze (9) »
czwartek, 21 października 2010
Krupnik to jest to!
Gęsty, smakowity, pachnący grzybkami i koperkiem krupnik chodził już za mną od paru dni. Na chłodne jesienne dni jest wspaniały, rozgrzewający, sycący, aromatyczny. Kasza zawiera ponadto witaminę B1, odpowiedzialną między innymi za dobre samopoczucie.

Przepis na ten wyjątkowy krupnik znalazłam lata temu w "Całuskach pani Darling" Małgorzaty Musierowicz i uczciwie przyznaję, że lepszego nie jadłam nigdy i nigdzie.

Nie wiem czy przepis na krupnik byłby komukolwiek potrzebny, sprzedaję więc Wam tylko patent, zresztą ściągnięty z tego samego przepisu - włoszczyznę dać do pokrojenia dziecięciu. Ugotowaną! Jest miękka i można dać dziecku bezpieczny nóż.








Uwierzcie lub nie, po takim wspólnym przygotowywaniu Smyk pożarł wszystko co miał na talerzu, z wyjątkiem grzybków, ale tu akurat nie mam pretensji.

A co tam, podaję przepis w uproszczonej wersji (bo w oryginale jest wpleciony w historyjkę) i z modyfikacją niewielką.

Około 10-15 dag boczku włożyć do garnka i zalać 1,5 litra wody, dodać sporo obranej włoszczyzny (dałam 3 marchewki, 2 pietruszki, seler, por), pokrojonej lub nie. Następnie dodać garść grzybów (suszonych lub świeżych, ja wolę suszone) i 4 obrane i pokrojone w grube plastry ziemniaki. Gdy boczek już zmięknie, dosypać filiżankę kaszy gryczanej. W przepisie następuje teraz dodanie pół kostki bulionowej - ja ich nie używam, bo jestem przekona, że pełnię smaku i aromatu można uzyskać za pomocą naturalnych przypraw, bez uciekania się do niepotrzebnej chemii. Posoliłam, dodałam pieprzu do smaku i wystarczyło. Gdy kasza zmięknie, dodać podsmażone na maśle dwie cebule, filiżankę gęstej kwaśnej śmietany zmieszanej z łyżeczką mąki. Po zagotowaniu dodać na zakończenie garść koperku.

Wyjąć boczek, pokroić i rozłożyć na talerze. Jeżeli włoszczyzna nie jest pokrojona, to pokroić ją, wymieszać z zupą, nałożyć... i ZJEŚĆ!


23:50, aneladgam , OBIAD
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 października 2010
Kotlety/placki marchwiowo-ryżowe
Zaciekawił mnie przepis Małgosi, a najlepsza metoda na pokusę to jej ulec.

Ustawiłam dużą michę na stoliku, po jednej jej stronie ustawiłam miskę z ugotowaną i startą marchwią, po drugiej - garnek z ugotowanym ryżem. Chciałam nauczyć Smyka pojęcia "na przemian", żeby przesypywał do dużej miski raz jeden składnik, raz drugi, ale Smyk zainteresował się wyłącznie ryżem.





Z obawy, że zje cały, zanim ukręcimy masę, odpuściłam naprzemienność, pozwoliłam wsypywać jak chciał, a ja szybko mieszałam.





Wklejam przepis z małą poprawką:

Składniki (na 4 porcje - wedle oryginału; u nas starczyło na obiad dla dwojga dorosłych, kilka placuszków zjadł Smyk):

- 150 g ryżu
- 4 duże marchewki
- 3 żółtka
- 2 łyżki bułki tartej
- sól i pieprz
- 4 łyżki oleju

Ugotowany ryż i ugotowaną startą na tarce marchew należy połączyć z żółtkami i bułką tartą oraz przyprawami na jednolitą masę, z której formuje się kotlety i smaży na oleju.

Dziękujemy Małgosi za przepis!

wtorek, 28 września 2010
Podstępne kopytka
Natchniona przez Flydot, postanowiłam ugotować ze Smykiem szybkie i pyszne kopytka. Smyk uwielbia wszelkie kluchy, więc podejrzewałam, że spodoba mu się wspólne ich robienie. Obawiałam się tylko, że kochając kopytka, będzie chciał pochłonąć je w fazie jeszcze produkcyjnej - i były to obawy najzupełniej słuszne.

Do sprawy musiałam podejść podstępnie, ponieważ będąc szczęśliwą mamą również czteromiesięcznej Smykałki, muszę różne czynności rozplanowywać tak, by na przykład nie ostać się z zaklejonymi ciastem rękoma, ogłuszana rykiem domagającej się swego panienki. Szykując rano kaszkę dla Smyka, nastawiłam od razu gar ziemniaków w mundurkach (ugotować ziemniaki trzeba wcześniej, ponieważ można przystąpić do dalszej pracy dopiero gdy są całkowicie ostudzone; można to zrobić np. dzień wcześniej).

Koło południa podstępnie wykorzystałam zatonięcie Smyka w lekturze i ugniotłam ziemniaki sama (dla dwuletnich rączek to jeszcze ciężka praca, a nie miałam zbyt wiele czasu; idealnie byłoby przepuścić ziemniaki przez maszynkę). Wbiłam od razu całe jajo i rozgniotłam całość ponownie.





Smyk dostał za zadanie wsypywanie do miski przygotowanej uprzednio mieszanki mącznej (25 dag mąki pszennej, 2 łyżki mąki ziemniaczanej). Najpierw robił to tak:





A potem tak:





Stopniowo dosypywał, ja zaś mieszałam masę drewnianą mątewką.
Inspirowałam się tym przepisem, ale musiałam go nieco zmodyfikować (w sensie, dodać sporo więcej mąki, bo kleiła się ta masa niemożebnie). Kiedy masa w końcu przestała się okropnie lepić do wszystkiego, wzięłam pełną garść ciasta, utoczyłam z niego wałeczek, lekko spłaszczyłam:





Po czym zaczęły się szlochy i łzy, kiedy się okazało, że mama chce, żeby Smyk ciachał wałeczek w poprzek, zamiast...:





... zjadać pyszne surowe ciasto (trochę pozwoliłam, ale przecież to surowa mąka, więc szybko zabrałam). Smyk nie mógł się pogodzić z tym, że pomiędzy miską a buźką kopytka mają zaliczyć jeszcze wrzątek. Po prostu tego nie rozumiał. No trudno, nie ma rewolucji bez rozlewu krwi, musi się cierpliwości i pewnej chronologii pracy też nauczyć.

Jak tylko pierwsza partia kopytek podstygła, Smyk dostał swoją rację i, wsuwając kolejne dokładki, siedział do końca już tylko obserwując pracę mamy.





Potem zdrapałam mąkę z rąk, poleciałam do pracy, a po powrocie odsmażyłam sobie talerz pozostawionych dla mnie miłosiernie przez moich chłopaków kopytek. Mała porcja jest jeszcze na jutro dla Smyka, niech ma.

Pewnie, można kupić gotowe w garmażerce, zaoszczędziwszy czasu i fatygi. Ale to jak kupić w Karpaczu widokówkę ze Śnieżką, zamiast samemu wejść na szczyt. Satysfakcja nie ta, smak nie ten. A przysięgam, nie znalazłam nigdy i nigdzie kupnych kopytek dorównujących delikatnością i lekkością tym robionym w domu!

środa, 22 września 2010
Matematyczne leczo
Leczo? Matematyczne? Yyyy?

Leczo zrobić nie sztuka, to jedna z najprostszych potraw jednogarnkowych. Niestety, dziecko niewiele przy niej może zdziałać, bo cały czas mamy do czynienia z wysoką temperaturą tłuszczu.

Ja leczo robię tak: podsmażam cebulę na maśle (w dużym garnku), na to wrzucam pokrojone w kostkę cukinie (dziś dałam dwie, spore), paprykę pozbawioną gniazd nasiennych i pokrojoną w paski (dobrze, jeśli jest w różnych kolorach, leczo będzie barwniejsze i apetyczniejsze), a na koniec pomidory; duszę to pod przykryciem, aż osiągnie zadowalającą konsystencję. Z przypraw - sól i bazylia. Mój teść nie wyobraża sobie leczo bez kiełbasy, ale ja wolę warzywne. Mąż z kolei lubi zjeść leczo z ziemniakami, dla mnie najsmaczniejsze jest leczo samo w sobie, bo da się w nim wyczuć słodkawy, intensywny smak poszczególnych warzyw.

Dziś, dumna z niedawnego sukcesu mojego Smyka (piszę o nim tutaj), włączyłam go w przygotowanie leczo. Ja walczyłam na blacie z cukinią i pomidorami, a w tym czasie na swoim własnym stoliku Smyk rozwiązywał ponownie działanie na zbiorach rozłącznych:





... czyli dostał michę pełną różnokolorowych pasków papryki, trzy mniejsze miseczki w kolorach odpowiadających kolorom papryki i miał za zadanie posortować paprykę kolorami. Udało mu się to znakomicie, a co miski się przepełniały, to zawartość przerzucałam do gara. Muszę dodać, że Smyk nie raczył się skusić do pomocy, dopóki nie zawiązałam mu jego fartuszka (zapomniałam, zwyczajnie). Widać potrzebuje tego wyraźnego sygnału, kiedy rozpoczynamy pracę w kuchni, a zdejmować go dopiero wraz z jej końcem.

I wiecie co? W Smyka ciężko wmusić warzywa, ale dzisiejsze leczo zjadł z apetytem i zażądał dokładki!

wtorek, 07 września 2010
Zapiekanka w letni dzień
Czy zaufalibyście dziecku, że zrobi pyszny obiad? No... z niewielką pomocą? Przyznam, że u mnie trochę to potrwało, i choć ciasta Smyk mieszał już wielokrotnie, to wstrzymywałam się z dopuszczeniem go do pomocy przy gotowaniu obiadu. Dla bezpieczeństwa.

Ale w lipcu, kiedy sezon owocowo-warzywny był w pełni, nakroiłam cukinii, pomidorów, cebulki, wrzuciłam to do różnych misek. Na niskim stoliku ustawiłam żeliwną brytfannę i pozwoliłam Smykowi dowolnie wszystkie warzywa układać - czy to warstwami na przemian, czy w jeden dziki melanż, czy razem, czy osobno... Zabawa była przednia, a Smyk miał z niej wiele radości. Takie gotowanie uwrażliwia nie tylko zmysł węchu (każde warzywo pachnie inaczej), wzroku (przy kontrastowych barwach cukinii i pomidorów), ale też dotyku (zimne! śliskie! mokre!).

Kiedy Smyk dzieło zakończył, ja zalałam tylko warzywa szybko przygotowanym sosem beszamelowym i pozwoliłam Smykowi posypać wszystko startą bazylią.

Piekło się to w piekarniku, wypełniając dom smakowitym zapachem. Efekt był bardzo smaczny, choć wizualnie może nie zachwycał:




***
Sos beszamelowy: Stopić 2 łyżki masła, dosypać łyżkę mąki, szybko zamieszać, zalać 3/4 szklanki mleka i mieszać, gotując aż do zgęstnienia. Dodać soli i pieprzu do smaku.